Na Górnym Śląsku powstał klub piłkarski. A dokładniej – został reaktywowany. Ma grać w B klasie. Co to za news? Może nie co dzień, ale w miesiącu pewnie powstaje (i upada) kilka takich klubików. Ten jest jednak wyjątkowy.

Ma mieć w nazwie 1. FC Katowice i firmuje go Jerzy Gorzelik, samozwańczy lider wszystkich hanyskich hanysów zrzeszonych w Ruchu Autonomii Śląska. Problem w tym, iż 1. FC tłumaczy się jako Erster Fussball-Club. Chodzi o organizację założoną w 1905 roku i w okresie międzywojennym uchodzącą za klub zrzeszający mniejszość niemiecką. Na błyskotliwą karierę Ruchu Wielkie Hajduki (Chorzów) w latach 30. pewien wpływ miało utożsamianie chorzowskiego zespołu z propolskimi sympatiami. Jednak to 1. FC jako pierwszy zespół z regionu zagrał w pierwszej lidze. Tuż przed wojną został zdelegalizowany.

Sprawa nie jest jednoznaczna. Z 1. FC pochodził Emil Goerlitz, pierwszy Górnoślązak w reprezentacji Polski. Z kolei piłkarze Ruchu w czasie wojny występowali w niemieckich klubach, kilku ocierało się o kadrę III Rzeszy. Jeden – najwybitniejszy, Wilimowski – został jej gwiazdą. Patrząc szerzej na zjawisko – przez ponad 30 lat (1930-1965) w polskiej reprezentacji dominowali Górnoślązacy. O znacznej części z nich można powiedzieć, że równie dobrze znali język polski i niemiecki.

To co robi Gorzelik to jednak czysty kabaret. Może nawet nie warto by się nim zajmować, gdyby nie to, że jego kariera dobrze oddaje kilka ślaskich tendencji, w tym jedna dość zadziwiającą. Otóż na Śląsku istnieje spora grupa ludzi, którzy są skłonni uważać siebie za Ślązaków. Nie byłoby to dramatem – mają do tego prawo, istnieją przesłanki by ich za takowych, odmiennych od reszty Polaków, uważać – gdyby nie działacze w typie Gorzelika żerujący na tych oczekiwaniach.

Prowadzą oni bardzo niebezpieczną grę. Z pozoru wygląda to niewinnie: dbają o śląską kulturę, jezyk, tradycję. Kłopot w tym, że w praktyce często ich starania przyjmują formę nieustannego wspominania o niemieckości tych terenów. Walczą o prawo do upamiętniania np. niemieckich twórców, naukowców. Działalności różnych (po)niemieckich towarzystw kulturalnych. Lub reaktywują klub piłkarski...

I mi to się bardzo nie podoba. Dlaczego i w XXI wieku śląskość ma być definiowana w opozycji wobec czegoś? Jeżeli o inności Śląska (wobec reszty Polski) najdobitniej mają świadczyć niemieckie zabytki, to sorry, wysiadam. Zawsze mi się wydawało, ze o odrębności mojego regionu świadczy to, iż ze zderzenia dwóch kultur powstało coś osobnego. Zresztą niekoniecznie bardziej niemieckiego niż polskiego. Pewną wskazówką może być tu gwara, który jezyk bardziej przypomina? I jeszcze drobnostka – tworzenie śląskości to proces typowy dla obszarów przygranicznych. Może warto pamiętać, że Górny Śląsk od ponad 60 lat leży niemal w środku Polski?

No chyba, że aż tak boli brak czerwonego paszportu...