Blaszany bębenek najpierw widziałem. Miałem wtedy 10, może 12 lat i zdecydowanie było zbyt wcześnie na taki seans. Film Schlöndorffa nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia, zmęczył. No może poza scenami erotycznymi...

Książkę przeczytałem dużo później, w zasadzie całkiem niedawno. Na pewno nie jest to zła proza, jednak nie potrafiłem jej traktować jak osobnego bytu - słowa same zlewały się z filmowymi kadrami. Pewnie dlatego najciekawsza wydała mi się trzecia część powieści, traktującą o latach powojennych. Ogólnie - przy całym szacunku dla techniki pisarskiej - powieść Grassa mnie nie porwała. Zdecydowanie wolę Heinricha Bölla i jego Bilard o wpół do dziesiątej oraz Lekcję niemieckiego Lenza. Pierwsza jest o tyle ciekawa, że rozgrywa się w katolickich landach Niemiec, druga - jawnie wzorowana na Bębenku - przynajmniej nie ma ambicji mitotwórczych. Problemem nie jest tu jednak literacka jakość twórczości Grassa.

Prawdziwym problemem nie jest także przynależność Grassa do Waffen SS. Wierzę, że trafił do tych jednostek trochę przypadkowo, tuż przed upadkiem III Rzeszy. W ostatnich miesiącach wojny działy się rożne dziwne rzeczy. Chodzi zresztą o oddziały frontowe, a ich elitarność - także bojowa - do dziś pozostaje sporna. Osiemnastoletniego smarkacza można rozgrzeszyć.

Jednak nie dojrzałego mężczyznę. A już na pewno nie TEGO. 60 letnie milczenie jest w tym wypadku nieprzyjemne, cholernie kłopotliwe dla czytelników i nie tylko. Grass był bodaj najbardziej znanym przedstawicielem pewnego ruchu w zachodnioniemieckim społeczeństwie, ruchu wzywającego do rozliczenia sie z własną historią. Nie zapominania o niej w czasie gospodarczego cudu i rosnącego dobrobytu. Nie przez przypadek szczyt politycznej kariery pisarza przypada na lata rządów Willy'ego Brandta. I nie chodzi tu tylko o ideologiczną bliskość obu panów. Brandt na stanowisku zastąpił Kurta Georga Kiesingera, członka NSDAP od 1933, w latach 1940-1945 wysokiego urzędnika w ministerstwie spraw zagranicznych, szefa... działu propagandy. Czy może istnieć lepszy symbol niemieckiego zakłamania?

Niestety, dziś okazuje się, że może. Na stare lata stał się nim właśnie Grass. Wpadł we własne sidła. Czasem się zastanawiam, może to choroba zawodowa intelektualistów? Ludzi aspirujących do tego miana? Im większy, tym boleśniej musi upaść... Dlaczego tak często okazuje się, że im mocniej ktoś wzywa innych do pokuty, tym więcej ma na sumieniu? Paradoksalnie, przypadek Grassa jest najlepszym dowodem powszechnej zmowy milczenia (nieświadomej?), może nawet prowadzącej do zamazania przeszłości. A on sam niespodziewanie znalazł sie wśród ludzi, z którymi przez cale życie walczył. Jednak mi go nie żal.

Gdybym był gdańskim politykiem, miałbym problem. Nie jestem...