To nie ma być ranking. Raczej luźne refleksje, podróż przez meandry pamięci. Opieram się o polskie tłumaczenia i - jak łatwo zauważyć - preferuję prozę.
Najważniejszy jest William Faulkner. Długaśne akapity, biblijna symbolika i gęsta atmosfera końca pewnego świata. Wielki pisarz. Mitologizacja Południa Stanów Zjednoczonych ryzykowna, ale jak to jest napisane! John Steinbeck to nie ta półka. Choć tematyka niby podobna.
Z Faulknera garściami czerpali egzystencjaliści, a także Latynosi. Z tych pierwszych najciekawszy jest Albert Camus. Po prawdzie cały nurt mógłby się zamknąć w niewielkiej książeczce jego autorstwa, czyli Obcym. Rzecz robi niesamowite wrażenie i dziś. Słońce Algierii, wypalające doszczętnie... Nie, Jean-Paul Sartre literacko nie jest w stanie z nim rywalizować.
Faulknerowski duch unosi się również nad Drogą przez Flandrię innego Francuza Claude'a Simona. Simon to jednak postegzystencjonalista (jeśli można użyć takiego określenia), jego pisanie bawi równie mocno jak treść. Nie przez przypadek zalicza się go do Nouveau roman, nurtu intrygującego pod względem technicznym, ale okropnie nudnego. Na szczęście w Drodze jest jakiś nerw, obcy większości klasyków (sic!) nowej powieści.
Przejażdżkę z widmem Faulknera warto zakończyć w Macondo Gabriela Márqueza. Nie ma co ukrywać, nie przepadam za Kolumbijczykiem. Mam innych hiszpańskojęzycznych faworytów. Sto lat samotności zatrzymuje się w połowie drogi - ignoruje rzeczywistość, ale niekoniecznie porywa szaleństwem. Prekursorem całego realizmu magicznego był Miguel Asturias, dziś zapomniany. Nie mnie oceniać czy słusznie.
Mała podróż nad Oceanem Atlantyckim, na spotkanie z Camilo José Celą. Nie obędzie się bez wtrętu politycznego - Cela jest pisarzem, którego można nazwać prawicowcem. Walczył po stronie Franco. Rzadki przypadek. Wojna domowa nie jest u niego głównym tematem, ale zawsze pojawia się w tle. Przez lata będzie to wspólna cecha hiszpańskiej literatury. Świat Celi to biedne wioski, nędza bez widoków na zmianę i toczące się koło zemsty. Opisany dziwnym językiem, nie potrafię go choćby w przybliżeniu oddać.
Noblista zza miedzy czyli Jose Saramago to absolutne przeciwieństwo Hiszpana. Totalny lewak. Późny debiutant i w jego prozie bardzo to widać. Uwielbia zadziwiające zalążki akcji, efekciarskie sztuczki literackie, bawi się interpunkcją. Najciekawszy jest w tomach zahaczających o historię Portugalii, współcześnie potrafi nieźle zanudzić.
Modny ostatnio nurt rozprawy z kolonializmem reprezentują chociażby Nadine Gordimer, John Maxwell Coetzee i Naipaul. Dwoje pierwszych to biali z RPA i to w ich twórczości widać. Nie czują kontynentu o którym piszą! Czytając - pewnie to niesprawiedliwe porównanie - wyobrażam sobie wiktoriańskich dżentelmenów na safari. Naipaul jest bardziej wiarygodny. Może dlatego, że nie ma aż tak wielkich ambicji? On nie walczy, nie diagnozuje, a pisze. O trynidadzkiej ulicy i afrykańskiej dżungli.
Nie chce mi się wymyślać powodu, dla którego teraz będzie o Niemcach. Thomas Mann to wielkość, której nie ogarniam. Blaszany bębenek Güntera Grassa nieodmiennie zlewa mi się z filmem. Heinrich Böll to inna historia, jego Bilard o wpół do dziesiątej jest książką fascynującą, tym ciekawszą że traktuje o zainfekowaniu nazizmem w wersji katolickiej, a nie tradycyjnie pruskiej.
Patrick White zdaje się usilnie potwierdzać tezę, że Nobla dostał na dwustulecie odkrycia Australii. Hermetyczny twórca. Nadżib Mahfuz był Egipcjaninem. André Gide napisał sympatyczne Lochy Watykanu. Halldór Kiljan Laxness odkrył Islandię i socjalizm. Za to Hermann Hesse dla milionów nastolatków eksplorował Wschód. W jego czasach wymagało to nie lada odwagi.
O kimś zapomniałem, już wiem... Kenzaburo Oe. Pisarz próbujący przekształcić osobistą tragedię w wielką literaturę z góry stoi na straconej pozycji. Japończykowi się udało. Nie wiem jakim cudem. Odnalazła się i druga zguba - Ivo Andrić. Wielki w Moście na Drinie, kontrowersyjny w wielu innych tekstach. Serbowie to niekoniecznie naród wybrany. Wyższość Zachodu nie zawsze była oczywista.
Już kończę, ale muszę jeszcze poświecić osobny akapit Saulowi Bellowowi. Nie znoszę faceta. Zbyt wiele ma racji w diagnozie rzeczywistości (po latach chyba już i naszej). Jego autobiograficzni bohaterowie to zwyczajne dupki. Musi być tak przenikliwy?


