Pewnie już cała - nie tylko piłkarska - Polska wie, że trwa batalia o niejakiego Rogera Guerreiro. Śniadego Brazylijczyka, który ma tego farta że gra w Legii Warszawa, a w kadrze Polski widzi go sam Człowiek Roku tygodnika "Wprost". I wszystko by było w porządku, gdyby nie to że rzeczony Roger mieszka w Polsce dwa lata, związany się nie czuje, a uczy się ponoć pilnie języka... angielskiego.

Oliwy do ognia dolewa sam Beenhakker, który używa niepoważnego argumentu - z pamięci - że robią tak wszyscy i dodaje że mamy już rok 2008 i musimy (my!) się dostosować. Jestem pewny, że gdyby powiedział tak ktokolwiek inny, w naszym kraju wybuchłby ogólnonarodowy skandal, a dyżurni z różnych partii wypowiadaliby się w TVN 24 po wielokroć. Co gorsza, jest to argument kłamliwy.

Bo sytuacja Rogera najmocniej przypomina perypetie niejakiego Salomona Kalou. Dziś piłkarza Chelsea. Przed MŚ 06 miał grać w reprezentacji - kto zgadnie?, no kto? - ... Holandii. Chciał go van Basten, lobbował za nadaniem obywatelstwa sam Johan Cruijff. Kalou obywatelstwa nie dostał, na mistrzostwa świata w ogóle nie pojechał, a dziś jest gwiazdą reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Mieszkał w Holandii dłużej niż Roger w Polsce, z tego co kojarzę język znał, ba! - jego brat był pomniejszą gwiazdką światowego futbolu.

Panie Beenhakker, no pewnie że nikogo nie dziwił dwumetrowy Mulat (o trochę malajskiej czy hinduskiej twarzy) w ataku Oranje, tyle że nazywał się Pierre van Hooijdoonk. Piękne, nie niderlandzkie nazwisko, prawda? I tu leży pies pogrzebany. Najmocniejsze federacje wcale nie naturalizują na potęgę, w ich kadrach grają ludzie urodzeni już w kraju, naturalizowani najpóźniej w wieku lat nastu lub mający rodziców danego pochodzenia. Spośród liczących się federacji na takie numery jak proponowany nam z Rogerem, idą tylko Włosi i Hiszpanie (a poza Europą Meksyk). Zresztą mają w tym długą tradycję - Squadra Azzura pierwszy tytuł zdobyła dzięki Mussoliniemu i Argentyńczykom w składzie, a najwybitniejszym hiszpańskim piłkarzem w historii jest przecież człowiek, który - gdyby nie Peron, ale to inna historia - może do końca życia byłby gwiazdą River Plate.

Błędne jest także powoływanie się na wysyp nie Niemców w reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Obecni reprezentanci, tacy jak Gonzalo Castro, Malik Fathi czy Mario Gomez w Niemczech się urodzili albo ich rodzice Niemcami byli (jak Oli Neuville'a czy Kevina Kuranyi'ego). Wyjątkiem jest tu Gerald Asamoah, ale nawet on mieszka w Niemczech od dwunastego roku życia. Dwuznaczna jest także sytuacja "Polaków". Bardzo bym tu uważał. W latach 80. kilkaset tysięcy ludzi wyjechało z Polski na pochodzenie (niektórzy wręcz na prawie przyznającym niemieckie obywatelstwo ludziom w 1937 mieszkającym w Rzeszy, a inni na papierach "od Hitlera"), a teraz co "mądrzejsi" patrioci chcą z nich robić... mniejszość polską w Niemczech. Ale i to temat na inną dyskusję.

Warto zauważyć, że - obserwując kadry RFN czy Francji i Holandii - piłka nożna nadal jest wielką szansą dla "obywateli drugiej kategorii".

W reprezentacji Polski zagrało czterech piłkarzy, których można traktować jako naturalizowanych. Pomijam tu licznych w latach dwudziestych Żydów - pierwszą bramkę, z karnego, dla reprezentacji strzelił przecież Józef Klotz - i Ślązaków trzęsących kadrą przez lat trzydzieści (1935-1965).

Pierwszy był Jerzy Bułanow, biały Rosjanin, który w roku bodaj 1919 zamieszkał z rodzicami w Polsce. Już trzy lata później zagrał w reprezentacji Polski, było to w ogóle trzecie czy czwarte spotkanie w dziejach, na stałe w kadrze zagościł sześć lat później. Umarł w Argentynie. Dziś jest jednym z symboli Polonii Warszawa. Pod koniec lat czterdziestych w reprezentacji grał Rudolf Patkolo. Węgier ożeniony z Polską poznaną w czasie wojny. Jego przypadek jest tym ciekawszy, że zdążył przedtem wystąpić w... reprezentacji Węgier, startującej przecież do największych sukcesów!, a i tradycyjnie lejącej nas przez dziesięciolecia. Umarł w Polsce.

Historię Olisadebe znają pewnie wszyscy. Jest najbardziej podobna do przypadku Rogera, istnieją tu jednak subtelne różnice. Olisadebe ma żonę Polkę, do kadry trafił przed eliminacjami, ponoć odmówił gry w reprezentacji Nigerii. Czwartym do brydża jest Wahan Geworgian. Ormianin, przez wiele lat przebywający w Polsce nielegalnie, zagrał w kadrze... dwie minuty, latem 2004 w meczu w Chicago. Mało kto to zauważył.

Panie Leo, to naprawdę nie jest normalna sytuacja i tak nie robią wszyscy. Naprawdę. I po co ten mentorski ton? Zgadza się, koncepcja państwa narodowego w najradykalniejszej formie jest utopią, dziś to widać wyraźniej niż kiedykolwiek, ale to że nie chcemy - na razie! - Rogera wcale nie jest przejawem naszej zaściankowości i zacofania ani nawet nietolerancji.