Dlatego cieszy mnie, że za kilka miesięcy, gdy na tron w TVP, a może i PR, wrócą odpowiedni ludzie, będę mógł poczytać kilka wspomnień z tego gorącego marca, gdy do kraju nad Wisłą zawitał ponownie Tuchaczewski na czele brunatno-czerwonej hałastry, a stan moralnego wrzenia osiągnął poziom iście wojenny. No chyba, że autorzy skasują.

I gdy wszyscy Sakiewicze, Karnowscy, Skowrońscy wrócą już na swe zasłużone, wywalczone bojem heroicznym, miejsca na Woronicza, z miłą chęcią poczytam komentarze ociekające wzburzeniem z racji kolejnych politycznych mianowań. Apeli o oddanie mediów publicznych nam wszystkim ludziom. Filmiki sobie zapuszczę. Zdjęcia z demonstracji obejrzę. Na których Panowie Wildstein i Pospieszalski przeciw decyzjom bolszewickim nominantów protestować będą. O odprawach poczytam. Sztandarem Solidarności wzruszę się.

Fascynują, podziwiam, mnie uczestnicy tychże marszów z pochodniami i innych takich. Trzeba wielkiej odwagi, by publicznie udowadniać światu, jak bardzo jest się zależnym od politycznych mecenasów. No chyba, że tak wyszło przypadkiem, a intencje były inne. I wina to Michnika, że ludzie nie czytają, słuchają... Niezależnych. Czterdziestolatków III RP nie skażonych. A przynajmniej z 75% tego towarzystwa. Bez protekcji.